sobota, 25 marca 2017

Myśli codzienne Martuchy # 7 I... wspominki :)

Dziś znowu przyszedl czas na wspominki. Wspominki z ostatnich kilku tygodni.

Muszę przyznać, że blog ten przeszedlłna przestrzeni kilku ostatnich lat pewną przemianę. Kiedyś bardzo broniłam się przed prywatną na blogu, ale jakże można jej uniknąć? Przecież szczerze pisane posty bez zbędnego bla bla bla, to tak naprawdę tylko prywata plus trochę innej treści związanej z naszymi zainteresowaniami, naszą wrażliwością i postrzeganiem przez nas otaczającego nas świata. Bo wierzę, że każdy z nas widzi i odbiera go zupełnie inaczej. I to jest wlaśnie w tym wszystkim najpiękniejsze! Jednak, żeby ta treść była prawdziwa i niepowtarzalna, musi być jak najbardziej subiektywna. Bo gdy treść pozbawiamy prywaty, zostaje nam ogólna i zgeneralizowana pisanina o pogodzie, oczywistych oczywistościach i przyjemnościach danych pór roku. A przecież życie to dużo więcej niż tylko to :). Każdy twórca tworząc bloga, czy kanał na You Tube zaprasza w jakiś sposób innych do swojego życia. Oczywiście zawsze od nas zależy gdzie postawimy tę granicę, jednak dziś uważam, że postawiona zbyt blisko pozbawia to co tworzymy tej wyjątkowej cechy, tak bardzo charakterystycznej tylko dla nas, sprawiając że to co wychodzi spod naszych rąk jest tak niesamowicie unikalne.

Zatem ogłaszam wszem i wobec. Nie unikam dziś prywaty na tym blogu, który wciąż będzie zlepkiem licznych treści, od kosmetyków zaczynając, przez fotografię krocząc, kosztując liczne smakowitości, czy też próbując spojrzeć na różne piękne miejsca na świecie oczami niemalże lokalesa ;). Będzie tu także sporo mojego życia i wspominek, ponieważ to jest właśnie mój blog i po tylu latach pisania go doceniam to, że zawsze mogę na jego stronach odbyć podróż w czasie i zobaczyć gdzie byłam fizycznie i mentalnie w różnych momentach swojego życia. To jest naprawdę bardzo cenne i tym którzy wciąż wachają się, czy nie zacząć pisać bloga mówię, jeżeli naprawdę macie na to ochotę, zróbcie to! To jest piękna przygoda, dzięki której możemy poznać nowych, niesamowitych ludzi, przygoda w któtrej mamy nowe, wyjątkowe doświadczenia, a także wiele się uczymy o nas samych i otaczającym nas otoczeniu. Nie bójcie się jednak w tym wszystkim być sobą, nawet jeśli będziecie na językach, nawet gdy nie każdy będzie Wam przyjał. Jednak w blogosferze tak samo jak i w prawdziwym życiu. Nie każdemu można zaufać, jednak wiele można się nauczyć, a także dowiedzieć o sobie samym. Dlatego warto być sobą! :)

Po tym jakze filozoficznym wstępie, przejdę do nadmienionych wcześniej wspominek i świata, który moje oczy oglądały w ostatnich kilku tygodniach :)

Sushi time!
Jeśli mieszkacie w USA i szukacie dobrego sushi  w dobrej cenie, polecam tę ze sklepu Stew Leonards. Pyszne, robione na miejscu ze świeżych produktów przez sushi makera. Cena już od 6 USD.




Piesy,  futrzaki :)





Amerykańskie śniadania :) Mamy już kilka ulubionych miejsc. Robimy je też w domu :)






W ostatnim czasie byliśmy na pięknym spektaklu. Wlaściwie powinnam nazwać to widowiskiem, albo show. To najbardziej znana grupa taneczno-akrobatyczna na świecie, czyli Cirque du soleil. My byliśmy na przedstawieniu o nazwie Toruk, jednak mają ich naprawdę wiele, włącznie z show o Michael'u Jackson'ie granym regularnie w Las Vegas. Toruk to przedstawienie taneczno-teatralno-akrobatyczne inspirowane filmem Avatar. Całość była naprawdę niesamowita, choć w tym przypadku największe wrażenie zrobiła na mnie muzyka, oraz niesamowita i bardzo różnorodna scenografia,  w iście amerykańskim stylu, czyli wszystko na wielką skalę i z rozmachem :) Solistka śpiewala porażająco pięknie, natomiast same akrobacje nie były jakieś bardzo powalające, choć wydaje mi sie że w tym przedstawieniu po prostu nie grały najważniejszej roli. Zobaczcie sami namiastkę tego, co widzieliśmy my :)










Uwielbiam tak spędzać czas i każdego zachęcam do dostarczania sobie od czasu do czasu takich doznań kulturalnych. Jeśli jeszcze nadarzy się okazja, na pewno wybiorę się na inne ich show. I mam już kilka na oku :) Wiem, że w Polsce też odbywają się takie wydarzenia, trochę mniejsze, lokalne (choć np. Polita był podobno w podobnym stylu), ale też zagraniczne. Sama pamiętam kiedy mama zabrała mnie na Disney'a na lodzie, kiedy byłam malą dziewczynką. A dziś choć mam trochę więcej lat, wciąż chcę się wybrać na Disney on ice :) 

Kończąc tym bajkowym akcentem, żegnam się z Wami serdecznie :)

Do zobaczenia na Leśnej Polanie!

Pa!


poniedziałek, 20 marca 2017

★ ★ ★ Shiseido - Benefiance, w poszukiwaniu doskonalego kremu pod oczy ★ ★ ★

Dawno nie było recenzji kosmetycznej. Dawno też nie wspominałam o mojej pielęgnacji. Prawda jest taka, że duzo łatwiej i przyjemniej opowiada mi się teraz o kosmetykach na moim kanale na You Tube, na który Was serdecznie zapraszam. Tutaj natomiast chętnie wrzucam wspominki z moich dni w Ameryce, do których w przyszłości na pewno chętnie będę zaglądać i do których też moja rodzina i znajomi chętnie zaglądają dziś. Żeby jednak tradycji stalo się zadość, chciałabym zaprosić Was na recenzję kremu do pielęgnacji okolic oczu. Kremu, o którym czuję  się  zobowiązana powiedzieć kilka słów  ;). 

Zapraszam!




Dziś mowa zgodnie z tytułem o kremie Shiseido, Benefiance, Wrinkle resist 24.


Kupiłam ten krem po wielu bardzo pozytywnych recenzjach w sieci. I po nich byłam bardzo ciekawa efektu, ponieważ sieć aż huczała o jego wspaniałych rezultatach. Chciałam sprawdzić czym tak naprawdę różni się krem za kilka stów od tego za stówę czy kilkanaście złotych.

Przy okazji powiem Wam, że na pielęgnacji raczej nie oszczędzam. Wcześniej w Polsce miałam 2 limity na kremy do twarzy i do okolic oczu. Na te pierwsze lubiłam wydać maksymalnie do 60 zl, choć czasem gdy była bardzo dobra promocja na krem z wyższej półki, zdarzało mi się wydać na taki krem maksymalnie do 100 zl. Natomiast jeśli chodzi o te drugie, zazwyczaj też wydawałam na nie okolo 60 zl, do momentu aż poznałam Origins, który w Polsce kosztował okolo 120 zl, ale byl za to niezmiernie wydajny. Wybaczcie, że tak wnikliwie wchodzę w tematy budżetowe, ale wydaje mi się, że chyba dla wielu z nas są one ważne. Moim celem w poszukiwaniu idealnego kosmetyku jest zawsze jak najlepszy stosunek ceny do jakości. 

Krem ten w Sephora w Polsce kosztuje ok 295 zl i na taką cenę nigdy bym się nie zdecydowala. Kiedy jednak znalazłam go tutaj w Stanach (w Marshall's) za okolo $34 sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej, bo $34 to nie 295 zl, a złotych 136, około  ;). Dodatkowo patrząc na to z punktu osoby, która mieszka w USA, jest to dużo mniej. Stwierdziłam zatem, że jest to świetna okazja żeby owe "cudo" wziąć pod lupę.

Dodam, ze krem kupiłam jakieś 3 miesiące temu. Moze nawet trochę dłużej, bo było to jakoś w grudniu. Żałuję, że nie zrobiłam wtedy zdjęć okolic moich oczu,  chociaż Wy nie powinniście żałować, że nie musieliście tego oglądać ;). Jednak ok., nie zrobiłam tego i dzis musicie wierzyć mi na słowo ;)

Przejdzmy zatem do meritum sprawy. Krem ma dość tłustą i gęsta formułę. Polecam raczej stosować go na noc, chyba że macie bardzo suchą cerę i lubicie "ciężkie" produkty stosować na codzien. Wchłania się dość dobrze, choć nie jakoś genialnie, bo jak mówiłam ma wyjatkowo bogatą formułę, pozostawia lekki, tłusty film, który też pięknie opalizuje. Okolica oczu wydaje się być wspaniale nawilżona, odżywiona, rozświetlona, a co najważniejsze, jest to jedyny krem po którego stosowaniu zauważylam dość mocne spłycenie zmarszczek mimicznych. I stało się to już po około 2 tygodniach ciągłego stosowania rano i wieczorem. Specjalnie zaczelam go stosować tak intensywnie na początku, ponieważ chciałam aby rezultaty były szybciej widoczne. Dodam, że opakowanie jest piękne, ekskluzywne, szklane, a zapach typowy dla kosmetykow "z wyższej półki" do cery dojrzalej. Nie mogę nie wspomnieć o wydajności. Jak widzicie na zdjęciach, zużycie to około połowa produktu, a tak jak pisałam wcześniej mam go około 3 miesiące, z czego przez około pierwsze 2-3 tygodnie stosowałam go 2 x w ciągu doby, później ograniczyłam się do stosowania wieczornego, ponieważ rano używałam mój produkt z  Origins, choć przyznam że czasem zdarzało mi się go nałożyc również rano. Sądzę, że stosując go 2 x dziennie powinien starczyć między 3-4 miesiące. Stosujac go raz dziennie, może nam służyć nawet około pół roku, a może nawet więcej.



I teraz ostatnie pytanie. Czy kupiłabym go będąc w Polsce? Zanim po niego sięgnęłam, pewnie nie. Jednak teraz gdy wiem, jak wspaniałe rezultaty daje, hmm... może od czasu do czasu w ramach kuracji. Czasem jest tak, że ktoś chce nam sprawić prezent, czasem jest tak że kilku członków rodziny się na niego "składa", a czasem po prostu nas stać. Jeśli któryś z tych wariantów Was dotyczy i macie lat 27+, bo myślę że wcześniej raczej nie ma większego sensu stosowanie takiej pielęgnacji, serdecznie Was zachęcam do kupienia tej perełki Shiseido. 

Tym samym odpowiadając na moje pytanie zadane na początku tego wpisu, czy warto zainwestować w drogi kosmetyk do pielęgnacji odpowiem tak, na pewno nie w każdy, ale w ten zdecydowanie tak. Każdy produkt, każda marka to odrębna historia i reguła że każdy drozszy produkt jest lepszy od tego tańszego raczej się nie sprawdza, a może lepiej powiedzmy, że taka reguła nie istnieje. Są zaś perełki wśród kosmetyków tańszych i droższych, a jedną z nich jest ten krem. Wciąż jednak uważam ze kosmetyki wysokopółkowe wciąż są za drogie na nasze polskie realia i powinny nas tyle kosztować co np. te apteczne.  

Na koniec podsumuję wszystko jak to robiłam kiedyś:

- nawilżenie - 5/5
- działanie przeciwzmarszczkowe - 5/5
- konsystencja - 5/5
- zapach - 5/5
- opakowanie - 5/5
- cena w Pl (ok.295 zł) - 2/5

- cena w USA (ok.$34 w promocji) - 4/5

Jeśli szukacie dobrego kremu pod oczy, zastanawiacie się jaki krem pod oczy kupić, bądź jaki naprawdę jest ten produkt od Shiseido, mam nadzieje, że odpowiedziałam choć odrobinę na Wasze pytania :).

Do następnego napisania :)

Pa!

niedziela, 26 lutego 2017

Luty w obrazach

Witam wszystkich serdecznie!

Dawno nie było mnie na blogu, jednak mam małe wytłumaczenie ;) Sporo się działo w tym czasie na moim kanale na YT, później natomiast zaczęłam przygotowywać się do wyjazdu do Polski, oraz cieszyłam się samym pobytem i rodzinką, której nie widziałam szmat czasu. Nie ma to jak wrócić po kilku miesiącach na "stare śmieci". Powiedziałabym, ukochane "stare śmieci ", które po czasie wytęsknienia odbieram jeszcze bardziej pozytywnie niż zawsze, choć na codzień mój odbiór otoczenia rqczej dość pozytywny jest ;).

A co u Was słychać moi mili?
Jak schyłek zimy? Czekacie na wiosnę z wytęsknieniem?  Ja chyba już trochę jej wyglądam.  I zdaje się że mam dość mocne podstawy, bo za chwilę marzec zapuka do naszych drzwi ;)

Ale wspominając kilka ostatnich tygodni, zapraszam do przyjrzenia się im z bliska :)

Posiadłość na półwyspie Avery Point, w kampusie Uconn. Wspaniałe miejsce!







Latarnia na tym samym półwyspie.


Most wraz z autostradą pomiędzy Groton i New London.


A tak wygląda kot w "kinie", w kocim kinie z widokiem na ptaszki i wiewiórki :)




A oto jego kino ;) Film raczej dokumentalny z rodzaju z kamerą wśród zwierząt ;)




Jedzenie, jedzonko, żarełko... :D

Amerykańskie śniadanie, nachos w amerykańskim stylu, z mięsem, serem, fasolą i jalapeno. Wiem, duużo tego, ale o dziwo to całkiem smaczne ;)



Amerykańskie śniadanie może też wyglądać tak: bajgiel o smaku borówki amerykańskiej z truskawkowym serkiem filadelfia. To akurat bardzo lubię :)


Mojito, kubańska potrawka, śniadaniowy bajgiel z makiem i smażone banany 


Łakocie w Polsce i polskie śniadanie bardzo nie Insta friendly, ale za to cholernie smaczne ;)


Spotkania, spotkania, jedzenie isnpirowane kuchnią zachodniej Polski, Turcji i Niemiec :)


Dalszy ciag spotkań, prezenty, wzruszenia i spacery z psem :D


a na koniec...

ktoś tu chyba zasnął... ;)




Więc i ja idę  spać  ;)


Żegnam Was wciąż z polskiej Leśnej Polany, ale niedługo będę nadawać znów zza oceanu.

Do następnego napisania! 

Pa!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ciekawostki jedzeniowe Connecticut ☆☆☆ Ciekawostki o USA

Wiem, wiem, ostatnio obiecałam recenzję cieni z kalendarza adwentowego, ale post ten musiałam odłożyć na nieco później. Powodem jest fakt, że do głowy wpadł mi wydaje mi się całkiem ciekawy temat na post, a mianowicie temat jedzeniowy. Jestem tu już ponad 4 miesiące i mam moje pierwsze przemyślenia dotyczące tego zagadnienia. Zakładam, że może Was to choć odrobinę zainteresować, ponieważ wydaje mi się, że gdybym ja była obecnie po tamtej stronie oceanu, takim postem bym się zainteresowala. Zatem zaczynajmy. 

Po pierwsze może zacznę od podstawy, którą każdy co prawda wygooglować może, a mianowicie gdzie jest Connecticut?



http://ontheworldmap.com/usa/state/connecticut/connecticut-location-on-the-us-map.html

Jak widzicie Connecticut na mapie USA znajduje się trochę powyżej Nowego Jorku, tak naprawdę około godziny do półtorej od NY samochodem. Piszę o tym, ponieważ powszechnie wiadomym jest fakt jak położenie geograficzne, kultura, historia i tradycja mają wpływ na lokalną kuchnię. Kuchnia Connecticut czy Nowej Anglii, ktora rozpościera się w stanach: Connecticut, Maine, Massachusetts, New Hampshire, Rhode Island, and Vermont, charakteryzuje się nizliczoną ilością potraw z wykorzystaniem owoców morza, ze wzgledu na położenie tego stanu nad samym oceanem. 

Owoce morza są najczęściej wrzucane w cieście na głęboki olej, aczkolwiek niejednokrotnie gotuje się je, smaży lub dusi.

Clams strips fried, czyli krojone małże w cieście smażone na głębokim oleju. Te akurat spożywaliśmy w restauracji The Puffins, z piękną ideologią aktywizująceą osoby z pewnymi ograniczeniami fizycznymi i umysłowym, położona w miasteczku Groton, CT, tuż przy mieście Nowa Anglia. 


Oczywiście, popularne tu są tak samo jak i w Polsce smażone kalmary


http://cookingcrossroads.com/fried-calamari/

Bardzo typowe w tej okolicy są też małże Św. Jakuba, inaczej przegrzebki, a po angielsku scallops podawane na tysiące różnych sposobów, ja spożywałam je w formie Grindera z sałatką Coleslaw i frytkami.


Do klasyków lokalnej kuchni owoców morza należy też clams chowder, czyli tradycyjna lokalna zupa na bazie małż i warzyw, podawana jako rosół z dodatkami,  ze śmietaną lub bez, czasem też z pomidorami, często w towarzystwie krakersów krabowych.  Ten pochodzący z Nowej Angli jest najczęściej ze śmietaną lub mlekiem, ten z Long Island czy Manhatanu właśnie z pomidorami, wariacji jest wiele, tylko w najbliższej okolicy.


 http://www.bonappetit.com/recipe/new-england-clam-chowder


https://en.wikipedia.org/wiki/Clam_chowder

Typowe są też niezliczone kanapki, jak wszędzie znane hamburgery, ale też kanapki jak "Pulled pork sandwich", czyli kanapka z szarpaną wieprzowiną, wcześniej pięknie zamarynowaną i uduszoną/uwedzoną lub upieczoną. Kanapki robi się też z kawałkami homara "lobster roll" jak i małymi klopsikami mielonymi, czyli "Meat balls grinder". kanapki te pochodzenia włoskiego jak "Grinder" czy "Submarine sandwiche", mogą być właściwie ze wszystkim, bo to wielka kanapka, najczęściej w podłużnej bulce, która chrupie kiedy ja jemy, stąd nazwa "Grinder" - to grind., czyli miażdżyć, rozruszać. Nazwa "Submarine sandwich" pochodzi od długiej bułki, z której robi sie ową kanapkę, druga teoria obu nazw mówi, że włosi pracujący w stoczniach i dokach nosili takie kanapki do pracy, więc może i stąd ich nazwa.

Typowy cheeseburger z grilowaną cebulką i papryką (różnie je nazywają)


Pulled pork sandwich


Lobster roll


http://www.chowhound.com/recipes/new-england-lobster-rolls-30416

Meatball grinder


https://firstlookthencook.com/2010/02/18/meatball-grinder/

Jestem typowym produktem polskich lat 80' 90', który kocha parówki Berlinki, ser żółty itp. Przyznam, że czasem, a czasem dość często mam dość amerykańskiego jedzenia. Jadę wówczas do jednego z wielu sklepów polskich w polskiej dzielnicy w miasteczku New Britain po polskie produkty. Czasem jadę też do amerykańskiego baru, gdzie znaleźć można hot dogi z parówką przypominajacą polską, a także "polskiego" hot-doga, co jest tu rzadkością, bo lokalne parówki są naprawdę podłe. Jeśli myśleliście tak o naszych polskich to powiem Wam, że się  grubo myliliście ;). Bar ten to Guida's, którego założył podobno Polak, gdzie hot dog jest wyjątkowo pyszny, choć zrobiony w stylu Connecticut, bo z typową dla tego regionu bułką, czyli wielką bułką krojoną na kawalki, stąd płaskie boki hot-doga ;).


Amerykanie lubią jadać na zewnątrz i bardzo często to robią, ponieważ niejednokrotnie stłlowanie się poza domem jest tańsze niż niz gotowanie potraw w domu.

Bardzo popularne jest też jedzenie śniadań w typowych dinners, czyli miejscach, które znamy z filmów amerykańskich, gdzie przemiła pani z dzbankiem kawy pyta nas co jakieś 20 min. czy chcemy dolewkę. Za kawę taką nie płacimy z reguły wcale, albo płacimy za pierwszy kubek,  a wszystkie kolejne mamy za free. 

Poniżej przykladowe menu z takiego baru:



To samo tyczy sie wody niegazowanej, którą prawie zawsze dostajemy w każdej knajpie za darmo, co jest miłą odmianą w stosunku do polskich restauracji, gdzie za malutką butelkowaną wodę mineralną płacimy między 4 zł (przy bardzo dobrych wiatrach ;), po kilkanaście złotych. Tutaj naprawdę wszystko jest dla ludzi i jak najbardziej w zasięgu ich możliwości finansowych, bo za dobre śniadanie dla 1 osoby zapłacimy między 6 a kilkanaście dolarów i mowa tu o sporych porcjach i porządnych śniadaniach jak pełne śniadanie amerykańskie (jajko pod jedną z wielu postaci, ziemniaki smażone na patelni lub na głębokim oleju, bekon smażony i inne dodatki typu pomidor z puszki, fasolka w sosie, a także "corned beef", czyli mieszanka  coś a la mięso mielone wolowe podsmażone z różnymi dodatkami, które wizualnie może przypomina jedzenie dla psa albo kota z puszki, ale swoją drogą jest calkiem smaczne. A także "american pancakes", czyli amerykańskie grube, puszyste naleśniki zupełnie inne niż nasze, polane często syropym klonowym, który też jest regionalnym przysmakiem. Na śniadania jada sie też bajgle "Bagles", "planes" czyli klasyczne bez dodatków, z makiem, z bluberries, czyli borówką amerykańską i inne, czesto w postaci kanapki z tuńczykiem, serkiem philadelphia, lososiem, wędliną, serem.

Full american breakfast, tu akurat z jajkiem sadzonym, tostami francuskimi, ziemniakami smażonymi w malej ilości sosu pomidorowego, a na wierzchu jest sausage ... (?), tak też bylam zdziwiona, bo sądzilam że kielbasa będzie inaczej wyglądać, ale widać jak przystalo na warunki amerykańskie byla to wielka "kielbasa" z której krojono na moje oko takie jakby burgery ;)


Inny zestaw śniadaniowy, czyli jajka sadzone, tosty 
i corned beef (pod jajkami), czyli mielona wolowina podsmażona z dodatkami, o dziwo calkiem smaczna ;)


Wcześniej wspomniane pancakes z syropem klonowym ("Maple surup") i maslem



Chcialabym jeszcze z grubsza chociaż opowiedzieć o typowych snackach (czyli takich przegryzkach, przekąskach), do których należą bez wątpienia różnego rodzaju skrzydelka, a także o daniach glównych i deserach, ale to już w jednym z kolejnym postów, ponieważ sądzę, że tę tematykę poruszę jeszcze nieraz. 

Dodam też, że potrawy o których mówilam są charakterystyczne dla naszego regionu i okolic, stany Connecticut, Masechussets, New York, Rhode Island. Choć tutaj też różnorodnosść jest o wiele większa niż ta, o której wspomnialam, nie mowiąc o skali kraju, która bylaby jakby porównać kuchnię Polską do Hiszpanskiej, prawie ;).

Jeśli interesują Was obce kultury, podróże i kulinaria, zastanawiacie się co się je W USA, albo wybieracie się na wschodnie wybrzeże Ameryki i chcielibyście wiedzieć co warto zjeść, albo jakie miejsca i restauracje warto odwiedzić w okolicach Nowego Jorku, mam nadzieję, że ten post choć odrobinę Wam w tym pomoże. Knajpeczki, do których warto zajrzeć w okolicy, znajdziecie w mojej zakladce "Miejsca polecane przez Martuchę", u gory na stronie glównej. 

Przepisy do dań powyżej bez trudu znajdziecie w internecie, z resztą jeśli chodzi o wiele z nich nie jest to większa filozofia, o ile widzimy zdjęcie i mamy inspirację;).

Postów z cyklu ciekawostki o USA będzie więcej i o różnej tematyce, nie tylko kulinarnej.

Ok., ja uciekam, życząc Wam radosnych dni i pysznych posilków jak moje powyższe w niniejszym poscie. ;)

Pa!

czwartek, 12 stycznia 2017

Zima w USA...

Cóż, zaczarowany grudzień juz za nami, a Nowy Rok chyba wielu z nas mimo wszystko zaskoczył. Co gorsza, dziś już jest 12 stycznia ! (kiedy ten czas minął ja Was pytam !!! ;) Jak Wasze nastroje styczniowe?

Ze styczniem mam wrażenie to jest tak, że po uroczym grudniu, wyczekiwaniu na Święta i samych Świętach człowiek jest tak naładowany emocjami, że kiedy przychodzi spokojny styczeń, czujemy małą pustkę. Ponadto, widmo jeszcze kilku misięcznej zimy nie napawa optymizmem, a postanowienia Noworoczne przygniatają nas swoim ciężarem ;). Jakie są Wasze sposoby na styczniową chandrę? 

U mnie standardowo i niezmiennie, wciąż ciepły kocyk i herbatka i połyskujaca na szafce świeczka (jedna albo dwie ;). No tak, wiem, mi niewiele do szczęścia potrzeba, ale cóż począć, że tak już mam ;).

Styczniowa aura w Connecticut bardzo zmienna jest, Nowy Rok powitaliśmy oprószeni delikatnie śniegiem, jednak kilka dni później spadło go ze 20 cm, a zima stała się bardzo malownicza! :) Dziś znowu nagle słońce i wszystko zaczęło topnieć, w powietrzu natomiast czuć było delikatnie dobijającą się wiosnę. Czy ja już tej wiosny chcę? Hmm...,chyba nie... ;). Jeszcze kilka zimowych zajęć przede mną mam nadzieję, a przede wszystkim chciałabym zobaczyć moje ukochane Mazury pokryte białym lukrem :).

Oczywiście, ja tu jak zwykle gadu gadu, a post zapełnia się moją paplaniną. Może zamiast paplaniny wrzucę dla odmiany kilka zdjęć  ;).

Ostatnie dni z zimowymi ozdobami i park w Meriden pięknie oświetlony :)




Pyszne włoskie rogaliki z parmezanem  we włoskiej knajpeczce




Legendarny żółty autobus szkolny, chyba nie przestaną mnie zachwycać ;)




Śnieżyca i ptaszory stołujące się w naszym karmniku ;)




Kotecek ;)




No zima! Nie da się tego ukryć :)









Nasza ulica...




Ok. Ja zmykam, bo u mnie już późno, a u Was z kolei już prawie poranek i o Waszym poranku jak świeże bułeczki, pojawi się na moim blogu ten oto zimowy post ;).

W następnym poscie prawdopodobnie o cieniach z mojego kalendarza adwentowego słów kilka ;).
Kilka, albo kilkanaście ;)

Do następnego napisania!

Pa!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...