Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki na leśnej polanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki na leśnej polanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 marca 2017

★ ★ ★ Shiseido - Benefiance, w poszukiwaniu doskonalego kremu pod oczy ★ ★ ★

Dawno nie było recenzji kosmetycznej. Dawno też nie wspominałam o mojej pielęgnacji. Prawda jest taka, że duzo łatwiej i przyjemniej opowiada mi się teraz o kosmetykach na moim kanale na You Tube, na który Was serdecznie zapraszam. Tutaj natomiast chętnie wrzucam wspominki z moich dni w Ameryce, do których w przyszłości na pewno chętnie będę zaglądać i do których też moja rodzina i znajomi chętnie zaglądają dziś. Żeby jednak tradycji stalo się zadość, chciałabym zaprosić Was na recenzję kremu do pielęgnacji okolic oczu. Kremu, o którym czuję  się  zobowiązana powiedzieć kilka słów  ;). 

Zapraszam!




Dziś mowa zgodnie z tytułem o kremie Shiseido, Benefiance, Wrinkle resist 24.


Kupiłam ten krem po wielu bardzo pozytywnych recenzjach w sieci. I po nich byłam bardzo ciekawa efektu, ponieważ sieć aż huczała o jego wspaniałych rezultatach. Chciałam sprawdzić czym tak naprawdę różni się krem za kilka stów od tego za stówę czy kilkanaście złotych.

Przy okazji powiem Wam, że na pielęgnacji raczej nie oszczędzam. Wcześniej w Polsce miałam 2 limity na kremy do twarzy i do okolic oczu. Na te pierwsze lubiłam wydać maksymalnie do 60 zl, choć czasem gdy była bardzo dobra promocja na krem z wyższej półki, zdarzało mi się wydać na taki krem maksymalnie do 100 zl. Natomiast jeśli chodzi o te drugie, zazwyczaj też wydawałam na nie okolo 60 zl, do momentu aż poznałam Origins, który w Polsce kosztował okolo 120 zl, ale byl za to niezmiernie wydajny. Wybaczcie, że tak wnikliwie wchodzę w tematy budżetowe, ale wydaje mi się, że chyba dla wielu z nas są one ważne. Moim celem w poszukiwaniu idealnego kosmetyku jest zawsze jak najlepszy stosunek ceny do jakości. 

Krem ten w Sephora w Polsce kosztuje ok 295 zl i na taką cenę nigdy bym się nie zdecydowala. Kiedy jednak znalazłam go tutaj w Stanach (w Marshall's) za okolo $34 sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej, bo $34 to nie 295 zl, a złotych 136, około  ;). Dodatkowo patrząc na to z punktu osoby, która mieszka w USA, jest to dużo mniej. Stwierdziłam zatem, że jest to świetna okazja żeby owe "cudo" wziąć pod lupę.

Dodam, ze krem kupiłam jakieś 3 miesiące temu. Moze nawet trochę dłużej, bo było to jakoś w grudniu. Żałuję, że nie zrobiłam wtedy zdjęć okolic moich oczu,  chociaż Wy nie powinniście żałować, że nie musieliście tego oglądać ;). Jednak ok., nie zrobiłam tego i dzis musicie wierzyć mi na słowo ;)

Przejdzmy zatem do meritum sprawy. Krem ma dość tłustą i gęsta formułę. Polecam raczej stosować go na noc, chyba że macie bardzo suchą cerę i lubicie "ciężkie" produkty stosować na codzien. Wchłania się dość dobrze, choć nie jakoś genialnie, bo jak mówiłam ma wyjatkowo bogatą formułę, pozostawia lekki, tłusty film, który też pięknie opalizuje. Okolica oczu wydaje się być wspaniale nawilżona, odżywiona, rozświetlona, a co najważniejsze, jest to jedyny krem po którego stosowaniu zauważylam dość mocne spłycenie zmarszczek mimicznych. I stało się to już po około 2 tygodniach ciągłego stosowania rano i wieczorem. Specjalnie zaczelam go stosować tak intensywnie na początku, ponieważ chciałam aby rezultaty były szybciej widoczne. Dodam, że opakowanie jest piękne, ekskluzywne, szklane, a zapach typowy dla kosmetykow "z wyższej półki" do cery dojrzalej. Nie mogę nie wspomnieć o wydajności. Jak widzicie na zdjęciach, zużycie to około połowa produktu, a tak jak pisałam wcześniej mam go około 3 miesiące, z czego przez około pierwsze 2-3 tygodnie stosowałam go 2 x w ciągu doby, później ograniczyłam się do stosowania wieczornego, ponieważ rano używałam mój produkt z  Origins, choć przyznam że czasem zdarzało mi się go nałożyc również rano. Sądzę, że stosując go 2 x dziennie powinien starczyć między 3-4 miesiące. Stosujac go raz dziennie, może nam służyć nawet około pół roku, a może nawet więcej.



I teraz ostatnie pytanie. Czy kupiłabym go będąc w Polsce? Zanim po niego sięgnęłam, pewnie nie. Jednak teraz gdy wiem, jak wspaniałe rezultaty daje, hmm... może od czasu do czasu w ramach kuracji. Czasem jest tak, że ktoś chce nam sprawić prezent, czasem jest tak że kilku członków rodziny się na niego "składa", a czasem po prostu nas stać. Jeśli któryś z tych wariantów Was dotyczy i macie lat 27+, bo myślę że wcześniej raczej nie ma większego sensu stosowanie takiej pielęgnacji, serdecznie Was zachęcam do kupienia tej perełki Shiseido. 

Tym samym odpowiadając na moje pytanie zadane na początku tego wpisu, czy warto zainwestować w drogi kosmetyk do pielęgnacji odpowiem tak, na pewno nie w każdy, ale w ten zdecydowanie tak. Każdy produkt, każda marka to odrębna historia i reguła że każdy drozszy produkt jest lepszy od tego tańszego raczej się nie sprawdza, a może lepiej powiedzmy, że taka reguła nie istnieje. Są zaś perełki wśród kosmetyków tańszych i droższych, a jedną z nich jest ten krem. Wciąż jednak uważam ze kosmetyki wysokopółkowe wciąż są za drogie na nasze polskie realia i powinny nas tyle kosztować co np. te apteczne.  

Na koniec podsumuję wszystko jak to robiłam kiedyś:

- nawilżenie - 5/5
- działanie przeciwzmarszczkowe - 5/5
- konsystencja - 5/5
- zapach - 5/5
- opakowanie - 5/5
- cena w Pl (ok.295 zł) - 2/5

- cena w USA (ok.$34 w promocji) - 4/5

Jeśli szukacie dobrego kremu pod oczy, zastanawiacie się jaki krem pod oczy kupić, bądź jaki naprawdę jest ten produkt od Shiseido, mam nadzieje, że odpowiedziałam choć odrobinę na Wasze pytania :).

Do następnego napisania :)

Pa!

piątek, 2 grudnia 2016

Martuchowy Blogmas # 1

Jako, że mamy już grudzień, czyli oficjalny miesiąc vlogmas i ja postaram się zamieszczać posty trochę częściej  w tym miesiącu.  

Dziś zacznę od obrazów z kilku ostatnich dni ;)



Ostatnie dni to u nas Święto Dziękczynienia i amerykańskie pyszności.  W menu mieliśmy oczywiście pieczonego indyka, a także stuffing czyli coś w rodzaju zapiekanki na bazie małych grzanek upieczonych z wcześniej usmażonymi warzywami i orzechami. Pycha! Było też klasyczne puree ziemniaczane jak i puree ze słodkich ziemniaków. Skosztowałam też pieczonych słodkich ziemniaków ponkrojonych w kostkę z czymś tam ;) wybaczcie ale tego już nie zapamiętałam ;), jak i fasolkę szparagową wcześniej zblanszowaną i upieczoną z prażoną cebulką, smażonymi pieczarkami, sosem grzybowym, a wszystko przykryte pierzynką z sera. I choć nie jestem wielką fanką kuchni amerykańskiej,  wszystkie dania bardzo mi smakowały.  Były autorstwa mojej szwagierki,  tak samo jak i wszystkie ciasta! :)


Jak widzicie w USA też można zjeść klasyczną, polską kanapeczkę z pachnącym polskim chlebkiem i z pysznym, polskim żółtym serem i pomidorem.  Jeśli chodzi o mnie to prócz włoskich kanapeczek te są moimi ulubionymi ;). Ostatnio wcinam też często owsiankę na śniadanie.  :)


Odwiedziliśmy też fantastyczną turecką knajpeczkę :)


Byliśmy również  w ostatnich dniach pospacerować nad oceanem. Takich miejsc jest tutaj bez liku!


I czas chyba zacząć wprowadzać na bloga Świąteczny klimat. Choinka była w restauracji polskiej, dodam że większość Amerykanów ma już poubierane choinki w domach. A torebka z jedynką powyżej to zapowiedź mojego "dzieła" całkiem skromnie mówiąc.  ;)


W ostatnim poście robiłam Wam ranking kalendarzy adwentowych na rok 2016. Pisałam też o tym jak samemu łatwo przygotować taki kalendarz. I dziś mogę się Wam przyznać, że ja taki kalendarz zrobiłam dla kogoś w tym roku. Nie mogłam podzielić się wcześniej z Wami dokładnym DIY, ponieważ chciałam aby była to dla tego kogoś niespodzianka.  Dziś już mogę powiedzieć że kalendarz zrobiłam z torebek papierowych zakupionych w Michael's, które ozdobiłam pięknymi naklejkami, właściwie etykietami i opisałam numerkami. Torebki powiesiłam na pięknym, naturalnym sznurku i zabezpieczyłam czerwonymi, drewnianymi klamerkami. W ciągu ostatniego miesiąca kupowałam tu i tam małe prezenty, które planowałam włożyć do środka.  Całość miałam dość mocno przemyślaną, mniej więcej co i gdzie kupię oraz o jakiej tematyce będą te drobiazgi. Dziś Wam zdradzić do końca nie mogę co jest jego zawartością.  Ale zdradzić mogę, jak go zrobiłam, a także co było zawartością pierwszego dnia grudnia. Jak widzieliście powyżej było to słodkie lusterko do torebki w ażurowej oprawie w kolorze różowym zakupione w Ulta :). I tak zamierzam dzielić się z Wami co jakiś czas tym, co otrzymała ode mnie osoba obdarowana w kolejnych dniach. Dodam, że jest kobietą ;)


Kolej też przyszła na pokazanie Wam kalendarza, który zakupiłam w tym roku dla siebie. Jest to kalendarz z Nyx wydany specjalnie dla Ulta. Opowiadałam o nim w moim filmiku na You Tube z zakupami z Black Friday, który znajdziecie po prawej stronie bloga. Wracając o kalendarza,dziś z wielką radością otworzylam pierwsze okienko i  pierwszym produktem była pomadka matowa  z serii linegrie w nudziakowo ceglanym kolorze. Zrobiłam swatch choć oczywiście nie odzwierciedla koloru. Postaram się zrobić recenzję po otwarciu całości i wypróbowaniu tych produktów.  Nie mogę Wam nawet opisać koloru, ponieważ Nyx nie opisał go na pomadce, są co prawda nazwy na opakowaniu zbiorczym ale nie jestem pewna co odnosi się do czego. W każdym razie póki co jestem bardzo zadowolona ze swojego dzisiejszego prezentu z mojego kalendarza adwentowego i na pewno będę się z Wami dzielić dniami kolejnymi ;)

Zatem uciekam, tymczasem!

Wspaniałego grudnia Wam życzę! :)

Pa!

środa, 16 listopada 2016

Too Faced Christmas in New York Grande Hotel Cafe recenzja

Dziś 15 listopada, ale czy tego chcecie czy nie Święta już za troszkę więcej niż miesiąc. Wiem, czas biegnie nieubłaganie, ale zamiast martwić się tym i ubolewać nad minionym czasem, lepiej cieszyć się na myśl tego, co przed nami.

W kosmetycznym świecie nastaje czas zakupów Świątecznych oraz zakupów produktów, które będziemy chciały używać w ten Świąteczny czas. Nastaje też czas adwentu, ktory kazdy zgodnie ze swoimi wierzeniami i zasadami ma prawo przeżyć tak,  jak chce. Kosmetykomaniaczki natomiast z chęcią docenią kalendarz adwentowy kosmetyczny, biżuteryjny, czy z półproduktami potrzebnymi do tworzenia rozmaitych produktów hand made. Jest ich bez liku choć przyznać trzeba, że w Polsce wybór nie jest tak ogromny jak na świecie, ale kto chce to potrafi i po zapoznaniu sie z obecną ofertą warto poszukać wymarzonego kalendarza w sieci. Ale o tym w kolejnym poście.





Dziś natomiast o innej kosmetycznej, Świątecznej perełce, a  mowa o Świątecznej edycji limitowanej marki Too Faced, Christmas in New Tork, Grande Hotel Cafe na rok 2016. Mam ten zestaw od niecałego miesiąca i dziś z chęcią go zrecenzuję.




Zestaw składa się sie z 3 palet oraz 1 mini tuszu (better than sex).

I. Paletka Gingerbread Cookie



Poniżej swatche i opis poszczególnych kolorów:






1. Bronzer, Gingerbread, piękny, satynowy, lekko wpadający w ciepłe odcienie ale nie pomarańczowy kolor, trwały i bardzo uniwersalny, można nim opalić twarz jak i ją wykonturować

Cienie:

2. Ginger Cream, cień matowy, w kolorze jasnego zimnego beżu, doskonały do wyrównywania kolorytu całej powieki, albo rozjaśniania miejsca pod brwią
3. Maple Syrup, cień matowy, kawowy beż, odpowiedni do nałożenia w załamanie jeśli macie opadającą górną powiekę, do smokey, czy kreski tusz przy linii rzęs
4. Gingersnap, cień połyskujący, z bardzo drobno zmielonymi drobinami, właściwie wygląda jak płynne stare zloto, doskonały na całą powiekę albo na środek powieki celem jej rozświetlenia, a także w kąciki powiek, raczej na wieczorowy makijaż
5. Winter Dream, cień o wykończeniu szronu, ma mniej pigmentu co moim zdaniem jest jego plusem bo wygląda pięknie nakładany na inne cienie, nie zmieniając tak bardzo ich koloru, wpada w fiolet i róż
6. Cup of Joe, cień satynowy z bardzo drobnymi zlotymi drobinkami, niemalże niwidocznymi, w kolorze bardzo ciemnej kawy
7. Black Coffee, cień matowy, czarna , bardzo głęboka, doskonała do smokey,  a także na linię rzęs zamiast eyelinera do makijażu dziennego

Dodam, że cała paleta pachnie jak bardzo aromatyczne, cudowne pierniki!

II. Paletka Peppermint Mocha



Swatche:







1. Róż, Santa Baby, różowy wpadający w malinowy odcień o satynowym wykończeniu. Bardzo napigmentowany i trwały, można nim pięknie stopniować kolor jaki chcemy otrzymać.

Cienie:

2. Peppermint Cream, cień matowy, biały, raczej będę go rzadko stosować do smokey, makijażu zimowego, albo bardzo przerysowanego, na pewne okazje lub do zdjęć
3. Christmas Blend,  cień połyskujacy w kolorze szampana, lekko wpadający w beżowy róż
4. Peppermint Mocha, w kolorze brązowym ceglastym o wykończeniu satynowym z bardzo drobnymi drobinami
5. Candy Cane, bardzo jasny matowy róż, o średniej pigmentacji
6. Sprinkles, cień opalizujący w kolorze głębokiego buraka, purpury, różnych tonacji ciemnego różu, bardzo głęboki i elegancki, znowu z bardzo drobniutkimi drobinami złotymi, prawie niewidocznymi
7. Coffee Chip, kolejny cień o opalizującym wykończeniu w kolorze ciemnej kawy wpadającej w stare złoto, jest sporo jaśniejszy od Cup of Joe i mniej napigmentowany, tamten zdaje się wpadać bardziej w zimną tonację, a ten w ciepłą

III. Paletka Eggnog Latte



Kolory:






1. Peach Cobbler, róż wpadający w brzoskwinię znowu o satynowym wykończeniu, bardzo piękny

Cienie:

2. Frosty Nog, cień matowy w kolorze brudnej bieli, bardzo napigmentowany
3. Eggnog Latte, cień w kolorze szampana o polyskującym wykończeniu, lekko mieniący się
4. Iced Coffee, color rudy, wykończenie opalizujące, perłowe
5. Skinny Latte, cień matowy, w kolorze brudnego jasnego brązu, lekko ceglasty, bardzo nude i bardzo w kolorach Kylie Jenner
6. Cold Brew, kolejny cień o pięknym wykończeniu jak szron, jednak tym razem szron nie ma dużych drobin,  a jakby wtapia się całkowicie w skórę i cudownie się mieni, w kolorze niesamowitego brudnego i zimnego beżu, najbardziej wielowymiarowy ze wszystkich, niestety ten swatch najmniej oddaje jego piękno. 
7. Central Perk, cien w kolorze butelkowej zieleni, brudnej zieleni, opalizujacy, bardzo gleboki i wyjatkowy

Podsumowując, większość tych cieni jest doskonałej jakości, podobnie jest z różami i bronzerem. Wszystkie są bardzo trwałe i niesamowicie napigmentowane. Z każdej paletki można stworzyć niezależny makijaż jak i zrobić go na podstawie wszystkich 3. Wszystkie cienie nawet jeśli mają lekko perłowe wykończenie są bardzo eleganckie i żaden z nich nie wygląda tandetnie. Jeśli są w nich jakieś drobiny, dają bardzo elegancki i brdzo przemyślany efekt. Jedyne co mi się w nich nie podoba to fakt, że niektóre wydają się być dość grubo zmielone, przez co lekko osypują się przy rozcieraniu. Używanie całej palety to czysta przyjemność dająca uczucie bycia rozpieszczonym. Można stworzyc z niej całą mnogość przeróżnych makijaży dziennych, wieczorowych i na rozmaite okazje. Polecam gorąco, pomimo dość wygórowanej ceny i mam nadzieję, że jest dostępna w Polsce stacjonarnie lub w internecie!

Elementem tego zestawu jest też tusz, o czym wspomniałam wcześniej, jednak na jego temat nie mogę się jeszcze wypowiedzieć, ponieważ go nie testowałam. Jest to jednak bardzo znany tusz i recenzje na jego temat możecie z łatwością znaleźć w sieci. 

A na koniec niespodzianka, dopełnienie tej recenzji w postci filmiku na temat omawianej powyżej edycji limitowanej na You Tube, oczywiscie mojego autorstwa ;).

Zapraszam!





W następnym poście omówienie tegorocznych kalendarzy adwentowych kosmetycznych i innych, a także kilka słów na temat jak samemu taki kalendarz przygotować.

Ściskam z Leśnej Polany!

Pa!

piątek, 28 października 2016

Janda do cery tłustej i mieszanej - krem idealny?

Janda to marka, która rok temu pojawiła się na półkach i szturmem zdobywa nasz rynek. Miałam ich całkiem przyjemny krem do cery suchej, a dzis gość specjalny zrecenzuje nam "krem na dzien dobry i dobranoc 30+ do cery tłustej i mieszanej". Z wiadomych przyczyn nie mogę tego zrobić ja (jeśli czyta tego posta ktoś nowy - mam cerę suchą ;).




Zatem zaczynamy:


"Krem zamknięty jest w szklanym, pięknym i bardzo eleganckim słoiczku, wyglada niemalże jak wyjątkowy klejnot. Kolor słoiczka chroni produkt przed promieniami słonecznymi i psuciem sie produktu. Formuła kremu jest lekka, ale na tyle bogata, że pozostawia cerę nawilżoną.  Nie zapycha porów i nie pojawiają się po nim żadne niemiłe niespodzianki. Ma ładny, delikatny zapach, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Wydaje się być bardzo wydajny. Jedyny minus za cenę, którą według mnie mogłaby być trochę niższa jak na polski produkt. Mimo tego, kupiłabym go drugi raz.

Moja ocena: 4,5    /    5

Polecam!"

Edyta




Przy okazji chciałabym złożyć serdeczne życzenia marce Janda z okazji pierwszego jubileuszu jej istnienia. Jeśli chcielibyście obejrzeć krótki filmik na temat sekretów produkcji ich kremów, oraz tego  jakie jest zaangażowanie pani Krystyny Jandy w ich tworzenie, zapraszam do klikniecia ponizej:




Sto lat Janda!




A już niedługo post z mojej wycieczki po niesamowitych muzeum, fabryce i bajkowym sklepie Yankee Candle w stanie Massachusetts. ;)

Pa!





piątek, 7 października 2016

Martuchowi ulubieńcy: Origins, Physicians formula, Flormar

Dziś trochę bardziej wnikliwie o tym, co zawsze było tematem moich postów, czyli o ulubieńcach kosmetycznych ostatniego czasu. Dawno takiego posta nie było,  ale te 4 kosmetyki naprawdę zasłużyły na wzmiankę o nich, a Wy zasłużyliście żeby o nich usłyszeć ;).

1. Origins, GinZing, odświeżający krem pod oczy




Tak naprawdę używam go od jakiegoś półtora roku. Pierwszy raz kupiłam go w Polsce w Galerii Mokotów zaraz po tym, jak otwarto pierwszy sklep Origins w Polsce. Trafiłam wtedy na świetną okazję gdzie za zestaw 4 mini produktów, w tym ten krem zapłaciłam 40 zł.  Mini opakowanie tego produktu miało 5 ml, produkt pełnowartościowy ma 15 ml i kosztuje ok 120 zł.  Zaraz potem kupiłam jeszcze jeden zestaw, bo wstępnie uznałam ze krem jest na tyle dobry, a okazja tym lepsza że chcę mieć zapas. Dziś mam pierwsze pełnowartościowe opakowanie i chyba już czas, żebym wypowiedziała się na jego temat ;).

Krem ten jest rewelacyjny, ma wspaniałą bogatą konsystencję,  skóra po mim jest jędrna i rozświetlona,   oraz bardzo nawilżona.  Zauważyłam tez, że delikatnie spłyca zmarszczki mimiczne wokół oczu, a także przeciwdziała lekkim opuchnięciom i cieniom pod oczami. Co ciekawe, w Origins powiedziano mi, że można go stosować w ciągu dnia na makijaz, jeśli poczujemy że chcemy nałożyc produkt w okolice naszych oczu, aby je nawilżyć i rozświetlić. Jeśli stosujecie bardziej "oszczędny" ilosciowo makijaż, również go polecam, ponieważ daje lekki efekt korektora rozświetlającego, więc niektórym może wystarczyć sam. Cena choć lekko wygórowana,  warta tego produktu,  ponieważ jest on bardzo wydajny, myślę że starczy na około 3 miesiące. Polecam!

2. Physicians formula, Organic Wear, tusz do rzęs




Dostałam go w prezencie kilka miesięcy temu i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Moje rzesy są dość długie, jednak rzadkie, cienkie  i zazwyczaj nie chcą współpracować, bo są dość sztywne. Ten tusz działa z nimi cuda. Lubię delikatne wykończenie jeśli chodzi o tusz,  nie przepadam za teatralnym lookiem i ten tusz takie wykończenie mi daje. Rzesy są podkręcone, wyglądają naturalnie,  tusz się nie osypuje, nie skleja rzęs.  Jak dla mnie idealny.  Ponadto firma słynie z organicznych składów, ten teoretycznie ma 100 % składników pochodzenia naturalnego. Mają kilka rodzajów tego tuszu i pewnie będę próbować inne, ale ta zakręcona szczoteczka całkowicie mi odpowiada. Jeśli chodzi o dostępność w Polsce, póki co z tego co wiem nie jest dostępny stacjonarne.  Jednak na pewno możecie znaleźć go w sieci. W Stanach kosztuje ok $9 w cenie regularnej.

3. Flormar, Matte Terracotta Eye Shadow, nr 52




Od ponad roku używam go jako różu i bardzo go lubię.  Ma wspaniały różowo-brzoskwiniowy kolor który bardzo ożywia twarz. Dodatkowo nie osypuje się, nie robi plam i jest bardzo wydajny, bo jest to cień wypiekany. Ma bardzo praktyczne i trwałe opakowanie z lusterkiem (!). Nazwa wskazuje, że jest to produkt matowy, jednak ma on lekko satynowe wykończenie.  Dla mnie idealny!

4. Rimmel, New Instant Age Rewind, Eraser Dark Circles, korektor w okolice oczu





Sławny,  chwalony wszem i wobec korektor. Wspaniałe kryje, rozświetla, jest bardzo wydajny, opakowanie starczy na około 2-3 miesiące.  Wygodne opakowanie,  z aplikatorem w postaci gąbeczki.  Jedyny minus to dostępność, albowiem jest dostępny tylko w sieci i w sklepach za granicą.  Ale może zostane w końcu wprowadzony do Polski bo jest naprawdę niemalże doskonały.

Moich ulubieńców jest trochę więcej,ale żeby nie znudzić Was jedna treścią, będę co jakiś czas wrzucać tego typu post.

Słonecznej, kolorowej jesieni Wam życzę pachnącej palącym się ogniem w kominku i gorącym kakao ;)

Pa!

środa, 28 września 2016

Nowa organizacja kosmetyków

Jak wiecie, goszczę teraz w Stanach. Nie byłabym sobą gdybym szybko nie zorganizowała sobie chociaż tymczasowo moich kosmetyków. W ten sposób chcę Wam też pokazać, że wszędzie i dosłownie ze wszystkiego można zorganizować sobie toaletkę,  w sposób praktyczny,  estetyczny i niedrogi, bo z przedmiotów dostępnych w domu, kuchni, itp.

Ja moją tymczasową "toaletkę" zorganizowałam na tacy na nóżkach (widziałam takie w Ikea w USA).  Jednak do tego jest nam potrzebna po prostu płaska powierzchnia, kawalek półki,  biurka, parapetu, najlepiej żeby okno było na wprost naszej twarzy i żeby nie było to południowe okno, ponieważ w tej sytuacji nasze kosmetyki mogą nam się ugotować. Moją powierzchnia jest za mała jak na moje potrzeby, ale jako tymczasowe rozwiązanie jest w sam raz. Kosmetyki poukładałam w pojemnikach które miałam pod ręką jak drewniany organizer na listy, kubki i miseczki. Każdy z nas ma coś takiego w domu , a takie rozwiązanie jest na pewno o wiele wygodniejsze niż trzymanie kosmetyków w kosmetyce czy szafce łazienkowej i robienie makijazu w pospiechu na stojaco brudzac przy okazji wszystko dookola.





Pamiętajcie, że dobrze jest mieć pod ręką chusteczki, waciki (swoje włożyłam do kubeczka), inne kosmetyki. Wisienką na torcie będą kwiaty lub świeczka.  ;)





Zapewne pamiętacie moją prawie idealną toaletkę, którą miałam w Warszawie. Była bardzo wygodna i praktyczna, a widok przez okno na ulicę na starym Mokotowie cieszył oczy. Bardzo lubię moment kiedy rano i wieczorem mogę usiąść przy mojej toaletce, najchętniej z herbatą w ręku i oglądając coś na YT. Każda z nas potrzebuje w ciągu dnia kilku chwil tylko dla siebie. To jest ta chwila, sam makijaż może zająć tak samo mało czasu jak w każdym innym miejscu, jednak satysfakcja i możliwość celebrowania tej właśnie chwili jedyna w swoim rodzaju.

Odwiedziłam też ostatnio sławny sklep Dollar Tree. Zakupiłam kilka produktów:




2 kartki na Halloween, świeczkę o zapachu muffinki jagodowej (paliłam ją i naprawdę pięknie i intensywnie pachnie,  a dodatkowo jest w tym uroczym sloiczku), chusteczki, oraz zmywacz do paznokci, którego nie ma na zdjęciu.  Za 6 produktów zapłaciłam $6.38. Czyli wszystko kosztowało 1 dolara, 38 centów zapłaciłam za podatek, który w Connecticut jest doliczany dodatkowo. 

A na koniec jedno z moich śniadań,  omlet ze szpinakiem, grzankami z guacamole oraz pomidorki koktajlowe na guacamole. 



Do następnego napisania! 

Pa!

środa, 25 maja 2016

Ogłoszenie wyników rozdania!!!

Moi drodzy i moje drogie,

Jutro już Dzień Mamy, nie zapomnijmy o swoich wspaniałych, kochanych mamusiach.

Z tej okazji chciałabym ogłosić wyniki rozdania z marką Janda.


https://www.janda.pl/kremy-i-maseczki-janda/5-Krem-na-dzien-dobry-50-5905279874022.html
 
Niniejszym ogłaszam, że szczęśliwymi zwycięzcami są:

 1. Marta
 2. Katerina

Każda z Was wygrywa zestaw z kosmetykami Janda, dla Waszej mamy lub innej ukochanej osoby.

Mam nadzieję, że będziecie zadowolone!!!

Zwycięzców proszę o dane do wysyłki na maila, a albo na fb.

Wspaniałej kolejnej majówki Wam życzę :)

Pa!

piątek, 13 maja 2016

Rozdanie na Dzień Matki z Janda

Witam Was wszystkich serdecznie :)

Dziś post szczególny, albowiem z okazji zbliżającego się Dnia Mamy mam dla Was 2 piękne zestawy kosmetyków Janda do rozdania.



W skład każdego zestawu wchodzą:

1. Janda, krem na dzień, Siła nici kosmetycznych, Czarna róża, 50 ml
2. Janda, krem na noc, Siła nici kosmetycznych, Czarna róża, 50 ml
3. Janda, krem pod oczy, Siła nici kosmetycznych, Czarna róża, 15 ml
Wartość każdego zestawu to około 130 zł.
Kosmetyki dostępne są w drogerii Rossmann.


Aby wziąć udział w rozdaniu wystarczy polubić "Martucha na leśnej polanie" na Facebook, a także napisać pod tym postem kilka słów na temat, kim dla Ciebie jest Twoja mama, lub jeśli sama jesteś mamą, czym dla Ciebie jest macierzyństwo.

2 osoby wybrane w drodze losowania wygrają taki oto zestaw.


Konkurs trwa od 13-20.05.2016.

Zapraszam Was do wzięcia udziału i życzę powodzenia!!!

Pa!

czwartek, 5 maja 2016

Co kupić w Stanach?

Wiem, że niektórzy z Was wybierają się do Stanów na wakacje. Na pewno zastanawiacie się co tak naprawdę warto kupić w USA. Ja mogę doradzić Wam z perspektywy osoby, która nigdy tam nie była, ale która od kilku lat ceni kilka amerykańskich marek, a od jakiegoś czasu ma do nich dość swobodny dostęp.

Zatem jakie kosmetyki i co tak naprawdę warto kupić w Stanach?

1. Szampony, odżywki do włosów Organix
Osobiście najbardziej lubię serię z olejem kokosowym. W Stanach potrafią kosztować między $5-8, w Pl około 35 zł.
2. Kosmetyki i świece Bath and Body Works
Uwielbiam ich balsamy i kremy do ciała, świece, mydła do rąk,  mgiełki,  zapachy do domu i samochodu. W Polsce balsam kosztuje 59 zł, tam można go kupić za $7.
3. Burt's Bees - najbardziej cenię ich balsamy do ust, granat to perełka,  ale świetne są też mango i kokos. Za oceanem już od $2,5. U nas nie dość ze ciężko dostępne to
i dużo droższe.
4. Yankee Candle i Kringle - oczywiście mamy je w Polsce ale tam jest dużo większy wybór a i cenowo potrafią być bardziej dostępne
5. Maybelline, dark circles eraser - niestety w Polsce niedostępny choć naprawdę doskonały.  Można go kupić tez u naszych sąsiadów.
6. Kolorówka z Tarte - piękne opakowania i doskonała zawartość :)
7. Candle Company (Summer night, Pumpkin Spice, Fresh Linen) - jestem ich bardzo ciekawa, piękne słoiczki,  niewygórowane ceny, smakowicie brzmiące zapachy, znacie je?


8. Skin Food - z tego co wiem to marka koreańska, ale bez problemu dostępna w USA. Najbardziej korci mnie krem łososiowy pod oczy, ale również maski do twarzy, kremy. Kiedyś królowały w sieci kremy BB tej marki.
9. J. R. Liggett's - szampony do włosów w kostce. Najbardziej interesują mnie Jojoba & Peppermint do kręconych włosów,  a także Coconut & argan Oil.
10. Soap & glory - okrzyknięte wszem i wobec jako genialne ;)
11. E.l.f. - pędzel do fluidu,  palety cieni, wszyscy chwalą bazę do cieni, ale mnie uczulała.  
12. Sleek, Nars, the Balm, Benefit praktycznie cała Kolorówka, choć oczywiście są wśród nich perełki.
13. Palety cieni z Urban Decay (potrafią być tańsze niż w Polsce, szczególnie Naked). Limitki można znaleźć w dobrej cenie w Polsce.
14. Kosmetyki do opalania i po opalaniu Hawaiian Tropic - miła odmiana od dostępnych od lat w Polsce marek.



Ostatnio też otrzymałam piękna przesyłkę z USA, niektóre z tych produktów miałam
i znałam, niektóre mam po raz pierwszy i będę testować. :) Sprawcom całego "zamieszania", jeszcze raz serdecznie dziękuję :).


A Wy znacie te kosmetyki?
A może polecacie coś innego?

Pozdrawiam z leśnej polany :)

Pa!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...